Niesulickie stag party
Już mi lepiej. W sumie nie potrzebowałem dużo czasu, żeby dojść do siebie – wystarczyło trochę ponad pół niedzieli i mogłem swobodnie skupić się na oglądaniu zdjęć, których zrobienia nie przyszło mi zarejestrować dzień wcześniej. Oho, nic nadzwyczajnego, Remol sobie smacznie śpi, w łóżku, w pościeli, jak w domu. Tylko dlaczego chłopaki stoją obok mnie i drą ze mnie?
Weekend nad jeziorem zawsze będzie odprężający, nawet kiedy jest kilka questów do zrobienia. Seb na przykład wykazał się dość dużą wnikliwością hydraulika, dzięki czemu wszystkim nam sikało się przyjemniej. Majster nie tylko od Hz i fal stojących, ale też kanalizacyjnych. Taki mąż to ja rozumiem! Tak sobie teraz myślę, że to rzeczywiście może być ukryty mini fetysz Seb. No bo jak inaczej wytłumaczyć gorliwe wyjaśnianie obsługi jednej z ubikacji podczas wizyty w Wawie? “Remcio, prościzna, patrz, tu podnosisz, tam wciskasz i pływaczek znowu działa”.
Anton the Chef po raz kolejny udowodnił, że przydomek mu się należy. Karkówka i kurak wiodły absolutny prym na grillowej kratce i omal zapomnieliśmy, że grill bez kiełby to nie grill na polskiej ziemi. Słowa uznania, że tak nieskromnie wspomnę, należą się też temu, który zapewnił nam grzaneczki. Poszło ich sporo, chociaż wydawało mi się wcześniej, że prawdziwych amatorów dodatków węglowodanowych będzie więcej.
Jedną z najbarwniejszych wypraw podczas Sebciowego stag party była klasyczna już dla wyjazdów nad jezioro “Wyprawa po chrust”, która, rzecz jasna, nie ma absolutnie nic wspólnego z targaniem drwa na ognicho. Zdradzić mogę jedynie, że pierwszy raz nazwa pojawiła się dla świętego spokoju chłopaków.
Udaliśmy się oklepanym szlakiem wzdłuż brzegu z Policyjnego na Eltermę. Niby kawałek, ale za to jaki obfity w doznania (chyba nie muszę wspominać, że jak się bawimy to zawsze w nasz ulubiony sposób). Po dotarciu na miejsce, czyli na ławę na Eltermie, Anton nie mógł się powstrzymać i… obrał pomarańczę, ja wyciągnąłem butelkę i cynamon, Tomaszu aparat, Seb natomiast poczuł zew brodzenia. Postanowiłem nadzorować poczynania Seb i powiem, że gdyby nie ja to Seb wlazłby za kaczkami w szuwary. Uff, położył się na brzegu i kontempluje. Po jakimś czasie dotarło do Seb, że chwilowo musi wstrzymać spożycie pomarańczy i cynamonu, jeśli tylko chce dotrwać do 20:30.
Jubel zakończył się przy Punkcie z mojej inicjatywy, na moją decyzję jednak ogromny wypływ miała postawa Antona – mi nie dane już było omijać porcji pomarańczy.
Niedziela minęła leniwie na plaży i na garmażerce. Na obiad fasolka po bretońsku i pierogi z kapustą i grzybami. Prawdziwa uczta, po której nastała zasłużona sjesta. Rychły odjazd pociągu Seb ze Świebodzina do Wawy nie pozwolił nikomu zupełnie wypocząć, jednak nie przeszkodziło to nikomu w stawieniu się dziś punktualnie w pracy.

















16.08.2010 | 21:58
Epicko i tak… męsko! Jeszcze tylko foty i obraz będzie pełny
17.08.2010 | 19:08